„Punkt Wyjścia” – Dawid Kain (recenzja)

by maynard on 18/04/2012

Post image for „Punkt Wyjścia” – Dawid Kain (recenzja)

Czytaliście kiedyś powieść, której lekturę porównać można z nadlatującym w waszą stronę fortepianem lub otrzymanym znienacka ciosem dobrze wyważoną cegłówką (i to taką czerwoną, średniowieczną)? Dla jednych takim doznaniem jest spotkanie z nowymi wypocinami chorego umysłu Stephena K. , dla innych lektura wynaturzonych i makabrycznych dewiacji Jacka Ketchuma.

Ja, aktualnie, przecieram macką fasetowe patrzałki bo trafiła mi się, a raczej zostałem z zaskoczenia trafiony powieścią made in poland, po której mój umysł megalomana skurczył się do rozmiarów prażonego sezamka. Mam na mysli „Punkt Wyjścia” Dawida Kaina. Powieść którą wydała Oficynka pod patronatem nakanapie.pl i którą, z całym zdeprawowanym sumieniem, POLECAM!

Dawid Kain od samego początku nie oszczędza nieświadomego i beztroskiego czytelnika. Początek książki to coś na kształt seansu filmu duetu David Lynch- Gaspar Noe na kolejce górskiej podczas koncertu death metalowego lub inaczej, wrażenie jakiego doznajemy gdy rozgrzani słońcem wskakujemy do górskiego strumienia. Od razu zalewa nas fala języka behawiorystycznego, bluźnierczego, dosadnego, wulgarnego, metafizycznego, spaczonego, prawdziwego i dosłownego, przy którym Strumień Świadomości Joyce’a to betka. Co więcej, dajemy się temu nurtowi przemyśleń wciągnąć i porwać. Później jest już tylko lepiej/gorzej (niepotrzebne skreślić).

Bohaterami a zarazem narratorami „Punktu wyjścia” są dwie, skrajne osobowościowo, postacie. Damian to cierpiący na psychosomatyczny ból istnienia pisarz, którego „alergia na rzeczywistość” objawia się skrajną alienacją we własnym mieszkaniu i stanami depresyjno-katatonicznymi podczas których, leząc na podłodze, Damian stara się spłodzić kolejną porcję dość dziwnej literatury. Rafał to z kolei prosty dres-imprezowicz dla którego walenie po mordzie, ćpanie, przygodny seks i całodobowe zjazdy to chleb powszedni. Rafał bluzga niemiłosiernie, cierpi na ADHD, ma ciągły myślotok (raczej myślorzyg). Taki Adaś Miałczyński i Silny Masłowskiej w jednym, dużo gorszym wydaniu. Losy ich obu splotą się w tajemniczej Białej Chacie pośrodku lasu, której gospodarzem jest dziwny Uzdrowiciel Dusz. Ów szaman dołącza jako narrator numero tres a sam autor, żonglując konwencjami, szydząc z dzieł literatury i popkultury, prowadzi czytelnika w stronę grande finale szaleństwa, suspensu i paranoi.

Obaj bohaterowie Kaina serwują czytelnikowi całą serię autorefleksji przeplatanych akcją, która w powieści rozwija się dosyć wolno. Własnie te przemyślenia to książkowy rarytas i creme de la creme „Punktu wyjścia”. Rafał i Damian krytykują rzeczywistość z dosadnym, skrajnym wrecz sarkazmem, depresyjnie lub wulgarnie, nie pozostawiając na niczym i nikim suchej nitki i nie dając pardonu. Ten właśnie element, plus behawiorystyczno-poetycko-popkulturowy język autora to zdecydowane atuty powieści.

Książka Kaina nie jest książką dla każdego. A już bynajmniej NIE dla czytelnika niepotrafiącego odkryć płaszczyka pozornej chamskiej wulgarności pod którym kryje się cała tona inteligentnego i błyskotliwego przekazu. „Punkt…” to książka-melanż, nie jest to typowy horror ani fantasy a bliżej jest jej do metafizycznego, wartościowego rynsztoka niż do pozbawionego wartości piękna. Dosadny język powieści, tematyka oraz kilka bardzo mocnych scen może powalić i zniechęcić co wrażliwszego czytelnika, jednak cała konstrukcja książki (pomysł, postacie, zaskakujący zwrot akcji oraz świetny finał) to majstersztyk współczesnej literatury polskiej. Kain wie jak pisać, wie o czym pisać a przede wszystkim się nie boi i za to należą mu się brawa. Rzeczywistość „Punktu wyjścia” boli jak cholera ale chce się do niej wracać, co sam z pewnością uczynię. Samym tym faktem autor osiągnął już literacki sukces.

No cóż, w głowie mi jeszcze huczy i wiruje, ale kurczę, polecam, rekomenduje, wpisuje na listę „warto było”…

Comments on this entry are closed.

Previous post:

Next post: