Wydawać by się mogło, że książka, a właściwie zbiór tematycznych opowiadań, Briana Lumleya (mistrza horroru) stanie się epokowym dziełem prezentującym światu „czas przed czasem”, czyli dzieciństwo i młodość niżej podpisanego. Nic bardziej mylnego. „Dom Cthulhu” to zestaw heroicznych opowieści których nie powstydziliby się Robert Howard czy Lin Carter. „Opowieści z pierwotnego lądu”, taki pominięty przez polskiego tłumacza podtytuł nosi książka, traktują bowiem o czynach barbarzyńskich wojowników, śmiałych złodziei, adeptów magii oraz mistrzów mrocznej sztuki, żyjących sobie beztrosko w krainie Theem’hdra.
Co prawda w „Domie Cthulhu” pojawia się kilka razy mój „dom” czyli wyspa Arlyeh (sic!) gdzie pogrzebałem wraz ze sobą całe sterty skarbów (sic!x2), które tylko czekają na śmiałków i „tomb raiderów”. Wzmianki o mnie i moich ziomkach to zdecydowanie za mało jak na książkę sygnowaną dumnie „spuścizna po Lovecrafcie”, ponieważ bogowie powymyślani przez Lumleya zdecydowanie przerastają nas w książce i tłamszą.
Klimatycznie i nastrojowo, „Dom Cthulhu” to też klasyczne heroic fantasy gdzie watki o uśpionych przedwiecznych to tylko jeden procent tematu. Opowiadania przypominają czasem „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” lub prozę o czarnoksiężnikach Johna Morressy. Do „powieści Lovecraftowskiej” książka Lumleya jest mniej więcej tak podobna jak ja do Archanioła Gabriela, a szkoda bo można było stworzyć całkiem ciekawy zbiorek o moich latach panowania na powierzchni, gdy doprowadzałem do szaleństwa miliony istnień. To były czasy!
Reasumując, polecam „Dom Cthulhu” fanom Conana Barbarzyńcy i Thangora. Miłośników dreszczyku emocji i klimatu Lovecrafta odsyłam do ponownej lektury „Zewu Cthulhu” – z pewnością ten czas NIE BĘDZIE stracony.
Na koniec tradycyjnie podaje moje „typy”. Tutaj niestety tylko dwa tytuły opowiadań:
- Księga czarownika
- Dom Cthulhu
- Panowie moczarów
Podobne wpisy:



